Kanada pachnąca Synem (4)

Kanada pachnąca Synem (4)
ePub czas dodania: 2013:10:19 02:09 komentarzy 0
Kolejny odcinek relacji z mojego pobytu w Kanadzie, niemal na zakończenie pobytu u Syna.

W wielkim skrócie opiszę subiektywne wrażenia i opinie z obserwowanej tu codzienności. 

Kuchenny „misz-masz”

Wszystkie owoce są tu o niebo smaczniejsze, niż u nas w Polsce. To samo kiwi, to samo awokado, które kupując u nas i tu, czuję, jako dwa różne smaki. Jak to jest?  Nam przysyłają inny sort?

Dla mnie w żywieniu ważne są warzywa, a tu jest ich ogrom, wyglądają ładnie, jednak nawet zielona pietruszka nie ma smaku, ani zapachu pietruszki.

Dziwne, że w infekcji górnych dróg odechowych, czuje smak i zapach owoców, a nie warzyw?

Tutejsze mięso to też dziwna sprawa, bo z grilla smakuje mi znakomicie, a w potrawach gotowanych, duszonych tylko wygląda na takie, a nie smakuje, jak nasze. Choć udało mi się zrobić nasze zrazy wołowe zawijane, to jednak czegoś im brakuje z naszego smaku. A np. kotlety mielone (Syn zawsze je lubił) - musiałby chyba zapomnieć te nasze, żeby polubić robione przez ze mnie tu.

Orzeszki, fistaszki, migdały, tak fantastycznie smakują i są miękkie pod językiem, że tylko je jeść cały dzień. Natomiast bio jajka, mają tak białe żółtka, że poprosiłam Syna o kupno jakichś normalnych, żeby widzieć żółte żółtko.

Kapusta kiszona w polskim sklepie, jest nienaturalnie biała i strasznie kwaśna.

Ogórki kiszone, czy raczej konserwowane, można kupić w kanadyjskim sklepie z etykietą „Polskie ogórki”, jednak bardziej mi smakują kanadyjskie ‘kiszone’ niż ta podróbka naszych.

Mąka kanadyjska jest tak biała, że kiedy robię ciasto na pierogi, to jestem zdumiona tą barwą, bo robiąc tak samo z polskiej mąki, nasza ma pewien odcień muśnięcia koloru żółtego. Miałam też problem z ulepieniem pierogów, póki nie skorzystałam z przyjacielskiej rady, i wtedy ciasto nie zmniejszało mi się w krążku po podjęciu ze stolnicy. Ten problem zrozumieć mogą tylko kobiety, a zwłaszcza matki, które chcą synowi zrobić polskie pierogi. Prawda?

 

Pochwalę się całkiem niespodziewanym sukcesem kulinarnym przy typowo kanadyjskiej potrawie. Czternastego października w Kanadzie obchodzone jest Święto Dziękczynienia i z tej okazji po raz pierwszy piekłam indyka w całości z nadzieniem owocowym. Pomagał mi w tym Syn i wyszło nam całkiem smaczne dzieło, którym z radością podzieliliśmy się z dobrymi znajomymi. Tu, w kanadyjskiej tradycji, my Polacy cieszyliśmy ze spotkania przy indyku i tym, co jest nam wspólne.

Indyka oskubaliśmy do ostatniej kosteczki. Szczęśliwie mam jego zdjęcie, które przytomnie wykonał Syn, zanim go pokroiliśmy: 

 

Wszystkich kanadyjskich produktów kulinarnych i tak nie poznałam, bo mogłam robić zakupy w pobliskim polskim sklepie, (prócz mięsa, a wędliny już tak). Kupując nasze masło, kakao i suche wafle, udało mi się nie tylko zrobić taki sam „wafelek” dla Syna, jaki On pamięta z Polski, ale i podbić podniebienia jego koleżanek i kolegów z pracy.

W polskim sklepie rozczuliły mnie nie tylko polskie produkty, a przede wszystkim polskie akcenty w wystroju i możliwość kupienia polskiej flagi, proporczyków, czy szalików w naszych barwach. Ważne dla mnie było i to, że przemiła obsługa tego sklepu rozmawia po polsku, (i bez żadnych naleciałości).

Z polskich akcentów na trasie moich spacerów po Montrealu wymienię jeszcze dwa.

Na tutejszej starówce mieści się polska restauracja „Staś” (szyld dla tubylców brzmi „Stash”). Fantastycznie było widzieć, że do tej knajpki ludzie czekali w kolejce na wolne miejsca, gdy tuż obok wiele lokali czekało z wolnymi krzesłami, na gości.

Drugą polską niespodzianką było „spotkanie” z pomnikiem Mikołaja Kopernika tuż obok stadionu olimpijskiego, co ilustruje ta fotka:

 

 

Opieka lekarska:

Przed wylotem poczytałam na oficjalnej stronie Kanady, iż służba zdrowia jest tu znakomita, dlatego uznałam, że wystarczy mieć przy sobie na „wszelki wypadek” wykupione ubezpieczenie zdrowotne, by nie narażać rodziny na wydatki z tym związane, gdyby coś …

Opisywałam już mój zachwyt nad bliskością dla przeciętnego Smitha, farmaceutycznych rozwiązań w przypadkach podejrzenia stanu chorobowego. Smith ma je tak blisko i wygodne, jak Kowalski „Biedronkę”.

Istotnie, w początkach infekcji jest to znakomite rozwiązanie. W moim początku choroby otrzymałam ‘od farmaceuty’ informację, że gdyby objawy nie minęły przez 7 dni, należy udać się do lekarza.

Schody zaczęły się po owych 7 dniach, kiedy stan chorobowy utrzymywał się, i a to nasilał, a to łagodniał na chwilę, by powracając, odbierać mi pełną radość z krótkiego pobytu u Syna.

Tu do lekarza pierwszego kontaktu nie można się dostać, tak, jak u mnie w powiatowym miasteczku, w Polsce. Odwiedziliśmy najbliższą klinikę (odpowiednik naszego ośrodka zdrowia) i tam usłyszeliśmy, że możemy przyjść jutro wcześnie rano i poczekać w kolejce bez gwarancji, że lekarz nas przyjmie, bo nie wiadomo, czy danego dnia przyjmie on 6, 8, czy 15 pacjentów, po czym wychodzi.

Syn wykonał kilkanaście telefonów do innych, także oddalonych od nas klinik, w tym prywatnych, z pytaniem, czy mnie przyjmą i osłuchają przy tym gigant katarze oraz wściekłym kaszlu. Rezultat był taki, że do lekarza się nie dostałam ze śmiesznych dla Polaków powodów. Tu lekarz pierwszego kontaktu jest niemal niedostępny dla chorego pacjenta.

Mimo informacji, że posiadam ubezpieczenie z Polski to pytano o kartę kredytową, a nie o to, co mi jest (z nimi Syn nie chciał dalej rozmawiać). Wiedzieliśmy, że musimy zapłacić za wizytę w granicach 160-240 dol. CAD i rozliczyć się z ubezpieczycielem w kraju, jednak takie formalności załatwia się na miejscu, w czasie wizyty, a nie przy pierwszym telefonie o spotkanie z lekarzem.  

W innych miejscach odsyłano nas na późniejszą godzinę telefonicznego uzgodnienia terminu wizyty (jakby nie można było od razu tego ustalić?), po czym w tej godzinie odzywał się automat, który życzył sobie wklepania numeru mojego kanadyjskiego ubezpieczenia. Miałam przecież polskie, co Syn dokładnie wyjaśniał, kiedy rozmawiał z człowiekiem, a nie z automatem. Załamka, bezsilność, bezradność – to czuje turysta w Kanadzie, kiedy nie udaje mu się wyleczyć ‘domowymi sposobami’.

Kupiliśmy też polski biuletyn informacyjny, w którym reklamują się Polacy dla Polaków i tu znalazłam  wielu dentystów, a żadnego internistę. Dbają tu o zdrowy uśmiech Polaków, oj dbają :-)))

Sporo by jeszcze opowiadać o tej ‘wspaniałej’ kanadyjskiej opiece zdrowotnej, o której usłyszałam tu w opowiadaniach, jak ‘szybko’ świadczy ona pomoc nawet w nagłych wypadkach. Nie będę przytaczać szczegółów tych opowieści, bo chyba wszystko już jest jasne.

Nie neguję tego, że być może tutejsi lekarze są dobrymi fachowcami, jednak nie miałam szans tego potwierdzić …

Wyjadę do Europy i tam się zbadam bez problemów, czy to w Niemczech, czy w Polsce, a wtedy zobaczę, czy dotknęły mnie skutki uboczne stanu zapalnego, w jakim jestem przez 3, na 4 tygodnie pobytu w Kanadzie…

Rada dla Polaków: przed wyjazdem poproście swojego internistę o leki (antybiotyki) na przypadek infekcji spowodowanej (być może) klimatyzacją w środkach transportu.

Gdy wrócę do Polski, to podziękuję mojemu „pierwszemu kontaktowi” za jego pracę. Opowiadam mu jak mnie leczą w Niemczech (od 7 lat bywam tam z wizytami i widzę różnicę standardów w wyposażeniu tamtych gabinetów lekarskich i naszych), więc opowiem mu także, jaka jest różnica w jego gotowości niesienia pierwszej pomocy swoim pacjentom z tą, której tu nie otrzymałam.

Mój „pierwszy kontakt” przyjmuje wszystkich w danym dniu, nawet poza obowiązkowymi „numerkami”.

 

Mam jeszcze sporo wrażeń z tego pobytu, które opiszę i zilustruję zdjęciami, w następnej kanadyjskiej relacji.

 

licznik: 1784 + 0 / 0 - promuj
captcha
x

Zgłoszenie komentarza

dodaj komentarz

x
komentarzy: 0 kolejność: wg punktacji najstarsze najnowsze
  0|0
Już jestem w Polsce, choć miałam być (na chwilę i na nasz rodzinny koszt) w Europie.
Niestety, kupując bilet na samolot nie możemy sobie w przesiadce, tak bezmyślnie wysiadać gdzie nam się podoba, chyba, że podróżujemy tylko z bagażem podręcznym. Wtedy samolot wyleciałby bez nas, po kilku bezskutecznych wezwaniach pasażera, by zgłosił się na pokład.

Rodzinnie wymyśliliśmy sobie, że wylatując z Kanady, przerwę swoją podróż samolotem w Amsterdamie, gdzie w drodze powrotnej miałam przesiadkę do Warszawy. Z tą myślą przez długi czas planowaliśmy moją podróż.

Nie zamierzałam pozywać linii lotniczej o zwrot kosztów za nieprzeleciany lot z Amsterdamu do Warszawy, a tylko chciałam poprosić, żeby mój bagaż „wysiadł” ze mną w tym Amsterdamie.

Okazało się to niemożliwe! Nie udało się nijak służbom lotniskowym wytłumaczyć, żeby oznakowali mój bagaż TYLKO do tego portu, bo oni mieli mnie zakodowaną tak, a tak, czyli transferem odtąd dotąd.
Zmiana kodu w komputerze, to zbyt duże obciążenie dla służb, a i po co klient zmienia zdanie, gdzie chce wysiąść?

Linie lotnicze mają swój cel – dowieźć delikwenta tam, gdzie zamówił bilet.

Kiedy wymieniono nam kwoty i kłopoty, które musielibyśmy ponieść, gdybym przerwała podróż przez ten bagaż, przysłowiowa rura nam zmiękła…, dlatego jeszcze jestem w sytuacji ‘tranzytu’…

Jestem w Polsce na chwilę, by wykonać ponowną podróż w to miejsce, które miałam odwiedzić w tej "przesiadce".

Jestem zmęczona, wściekła, jednak moje emocje nie są ważne dla żadnej linii lotniczej.
2013-10-20 16:55